Dzień pierwszy – 5 sierpnia, piątek
Warszawa – Blizne – Stare Babice – Borzęcin – Zaborówek – Szadkówek (ok. 36km)
To była króka noc. Zapisy skończyły się ok. 20. Na liście Białej 46 osób… Później jeszcze część osób podeszła do św. Krzyża, żeby pomóc zapakować i przewieść do naszego samochodu bagażowego zgromadzone w salce sprzęty pielgrzymkowe. W domach ostatnie dopakowywanie, sprawdzanie… i emocje. Rano okaże się, co zrobią z naszą malutką grupką.
Mszę świętą o godzinie 5.30 w św. Annie sprawował arybiskup Kazimierz Nycz. Już na samym początku mszy, przewodnik WAPM powiedział, że bardzo się cieszy z tego, że Biała wróciła do pielgrzymowania z WAPM. Dla wielu jednak najpiękniejszym momentem dnia było odczytywanie przez ks. Siekierskiego godzin wyjść grup z pl. Zamkowego. Część pielgrzymów Białej odetchnęła z ulgą słysząc: „7.35 – Grupa Biała”. Udało się! Mimo 46 osób na liście idziemy sami!!
Wyjście z Warszawy nigdy nie jest łatwe – długi, ruchliwy odcinek pokonywany dość szybkim marszem. Tradycyjnie towarzyszyło nam na pierwszym odcinku wielu przyjaciół i znajomych, którzy nie mogli iść na całą pielgrzymkę lub planowali dojechać później.
Już pierwszy odcinek podsunął nam pomysł, by zrezygnować z jednej tuby. Uznaliśmy, że jedna tuba plus wzmacniacz zdecydowanie nam wystarczą. A zawsze mniej osób potrzebnych do noszenia tub.
Mimo słońca, dość wysokiej temperatury i długich odcinków, na postoju obiadowym pielgrzymi ze wszystkich grup odtańczyli poloneza, a także kilka innych, mniej klasycznych tańców.
Wieczorem siostry medyczne ratowały nogi pierwszym poszkodowanym, a grupa z niecierpliwością oczekiwała na tych, którzy mieli do nas dołączyć na weekend. Od przybycia na nocleg do zakończenia apelu towarzyszył nam także ks. Janusz, doglądający czy wszystko mamy załatwione i dowożący docierających z Leszna.
Po wspólnej modlitwie na zakończenie większość udała się spać.
Dzień drugi – 6 siepnia, sobota
Szadkówek – Pawłowice – Niepokalanów – Szymanów – Guzów – Łąki Miedniewickie (ok. 29km)
Pobudka chwilę po wschodzie słońca, o 5.25. Zaraz po głośnym „Biała wstaje!!” , drobne krople deszczu zaczęły miarowo uderzać w namioty. Ekipa śniadaniowa sprawnie przeniosła się do stodoły, a reszta niechętnie wypełzła z legowisk. 6.25 za znaczkiem wyruszyliśmy w stronę Pawłowic, a dalej Niepokalanowa, gdzie mieliśmy być na 10 na Mszy. W czasie drogi jeszcze tylko kilkakrotnie deszcz bardziej postraszył, niż popadał. W sanktuarium Niepokalanej przywitało nas słońce, a także kilkoro znajomych, którzy niestety nie mogli z nami iść do Częstochowy, ale chcieli być z nami jeszcze w tym jednym miejscu na trasie pielgrzymki.
Przed samą Mszą pomżyło jeszcze chwilkę, zmuszając do założenia płaszczy i otwarcia parasoli. Na szczęście deszczyk nie trwał długo. Po Mszy przy pięknym słońcu pielgrzymi mogli skorzystać z gościnności franciszkanów i przygotowanego przez nich, jak co roku, poczęstunku na drugie śniadanie. Pełni energii mogliśmy ruszyć dalej, na obiad do Szymanowa. Tam w pięknym parku przy ładnej pogodzie, pysznej zupie, wyśmienitym mleku i doskonałym cieście w popołudniowej sieście przeszkadzały nam tylko zgraje komarów.
Kolejny odcinek nie był już tak łatwy i przyjemny. Dogoniła nas krążąca od samego rana w pobliżu burza. Silny wiatr i intensywny deszcz zdecydowanie utrudniały marsz. W takich warunkach jeden skrócony postój przestaliśmy. Wcześniej niewiele brakowało, żeby w naszą grupę uderzył traktor z przyczepą pełną cebuli, który wpadł w poślizg tuż za zamykającymi porządkowymi i ostatecznie wylądował w rowie. Jakby jedna przygoda nie wystarczyła, na kolejnym odcinku, kiedy wciąż mżyło, a my po brnięciu przez błoto na leśnej dróżce, wyszliśmy na asfalt, gdzie w którymś momencie usłyszeliśmy głośny trzask, krzyk porządkowego idącej za nami grupy fioletowej: „Szybciej, bo nas was spadnie!” i głośny łomot wielkiej gałęzi, która zwaliła się na ziemię między nami a kolejną grupą.
Przemoczeni i zmęczeni dotarliśmy jednak w końcu bezpiecznie na nocleg w Łakach Miedniewickich. Po rozbiciu się, umyciu i zjedzeniu kolacji musieliśmy jeszcze zebrać w sobie siły, by przejść do Miedniewic na apel, który mieliśmy prowadzić razem z fioletami.
Na apelu, który wyszedł nam wspaniale, po raz kolejny usłyszeliśmy od księdza Jacka Siekierskiego, że bardzo się cieszy, że grupa Biała wróciła i mimo że jest najmniejsza, idzie, dobrze sobie radzi i ma dobrą opiekę z góry, bo nikomu nic się nie stało, choć było groźnie.
Dzień trzeci – 7 sierpnia, niedziela
Łąki Miedniewickie – Miedniewice – Las k. Smolarni – Bartniki – Biernik – Jeruzal – Nowy Dwór (ok. 34km)
Wczesna pobudka o 4.40. Ale niektóre grupy wstają jeszcze wcześniej. O 6.30 Msza święta w Miedniewicach. Mimo wczesnej pory jest nawet całkiem ciepło. Zapowiada się upalny dzień. Eucharystię sprawował i kazanie wygłaszał tradycyjnie już biskup Zawitkowski, który w tym roku przedstawił pielgrzymom w sposób, jak zwykle niezmiernie interesujący, sylwetki Maksymiliana Kolbego, kardynała Stefana Wyszyńskiego i Jana Pawła II.
Już na pierwszym odcinku po Mszy Świętej okazało się, że przewidywania dotyczące pogody sprawdzają się. Słońce, choć wcale jeszcze nie było wysoko na niebie, przygrzewało mocno. Poza tym z każdą chwilą robiło się coraz bardziej duszno i parno. Chociaż odcinki wcale nie były strasznie długie, szybko wszyscy zaczęli odczuwać zmęczenie. Na dodatek pojawiły się pierwsze poważniejsze kontuzje. Mimo problemów nikt jednak nie podjeżdżał karetką. Niektórzy po prostu docierali na postoje swoim tempem z lekkim opóźnieniem. Bardzo męczące dla wszystkich było też to, że obiad i godzinny postój mieliśmy bardzo późno, bo tuż przed noclegiem, ok. 16.00.
Za to po tej przerwie, kiedy w Jeruzalu mogliśmy zjeść dobry obiad, posilić się ciastem, nabrać sił delektując się czekoladkami, które dzień wcześniej zostawiła nam odwiedzająca nas w Niepokalanowie siostra Małgorzata, większość odzyskała jeszcze na ostatni 7kilometrowy odcinek siły. Przed 18.00 byliśmy już w Nowym Dworze, gdzie na nocelg dostaliśmy wielką remizę na samym początku wsi. Niektórzy byli tak zmęczeni, że nie mieli siły na nic, inni sprawnie zaczęli rozbijać namioty. Ważnym elementem tego wieczoru było pożegnanie sporej grupy naszych pielgrzymów, którzy po weekendzier musieli wracać do domów i swoich obowiązków. Wiedzieliśmy, że bez nich kolejne dni mogą być jeszcze trudniejsze.
Na zakończenie dnia czekała wszystkich pielgrzymów jeszcze jedna „przygoda”. Krótko po 19.00 gwałtowenie rozpętała się ogromna burza. Zerwał się silny wiatr, który targał namiotami, ulwny deszcz zamienił ścieżki na podwórkach w potoki, błyskawice rozświetlały całe niebo, a pioruny uderzały prawie bez przerwy. Luksusem Białych Pielgrzymów była możliwość schowania się całej grupy w remizie. Tylko kilka osób zostało uwięzionych w namiotach. Po ponad godzinie, gdy zbliżała się pora kolacji, a deszcz nieco słabł, okazało się, że jeden namiot nie przetrwał wiatru i ulewy i częściowo się złożył. Dwie Białe Siostry musiały przenieść się ze swoimi całkiem przemoczonymi rzeczami do remizy.
Niektórzy zmęczeni całym dniem, zniechęceni deszczem nie dotarli na kolację, którą zjedliśmy dość szybko, zakończyliśmy krótkim apelem (nie zdecydowaliśmy się iść na wspólny apel na drugim końcu wsi), połączony z krótkimi mowami dziękującymi grupie za zaangażowanie i proszącymi, by ono nie gasło, bo będzie jeszcze bardziej potrzebne. Poszliśmy spać. Niestety noc nie była do końca spokojna, ponieważ w nocy śpiącym w remizie nieco dawali się we znaki miejscowi. Na szczęście poza hałasowaniem, nie doszło do poważniejszych problemów.
Dzień czwarty – 8 sierpnia, poniedziałek
Nowy Dwór – Las za Rossochą – Skoczykłody – Byliny Stare – Turobów (ok. 29km)
Pobudka o bardzo niepielgrzymkowej pore, bo o 7.00. I jeszcze brak godziny wyjścia grupy. Po prostu być przed Mszą o 8.30 przy kapliczce. Po wczorajszym deszczu zostało niewiele śladów. Nawet ulica prawie wyschła. I od rana słonecznie. Jeszcze w czasie Mszy większość nakremowała się kremami przeciwsłonecznymi.
Sama Msza była dość krótka. W czasie, gdy w Starej Rawie kard. J. Glemp sprawował Eucharystię i odsłaniał tablicę upamiętniającą zmarłego w zeszłym roku wieloletniego przewodnika WAPM, ks. Malackiego, w Nowym Dworze wysłuchaliśmy krótkiego wspomnienia przewodnika Amarantów na temat ś.p. ks. Malackiego i wyruszyliśmy dalej w pielgrzymi szlak.
Przed postojem obiadowym w Skoczykłodach, przechodząc obok znanego wszystkim pielgrzymom krzyża, zatrzymaliśmy się na chwilę przy nim, by razem z ks. Siekierskim pomodlić się krótko za duszę ks. R. Mosakowskiego, który był wiele lat pielgrzymem i przyjacielem WAPM, który zginął na misji w Papui Nowej Gwinei, i którego upamiętniającą tablicę także postawiono w tym roku.
Mając za sobą ok. 13km i, jak sądziliśmy, prawie połowę drogi, posileni obiadem i pysznym ciastem drożdżowym znaleźliśmy w sobie jeszcze dużo siły na to, żeby napisać intencje do różańca, zatańczyć menueta i belgijskiego… i pewnie energii było na jeszcze więcej, ale czas się skończył i kazali nam ruszać dalej.
Jeszcze przed obiadem Biała przejęła krzyż, a teraz szła jako pierwsza. Mimo że po weekendzie zostało nas bardzo mało, chętnych do niesienia krzyża było tylu, że następowały dość częste zmiany. Co ciekawsze także do tuby i wzmacniacza na żadnym z odcinków nie brakowało braci, a czasem zgłaszało się ich więcej niż było trzeba! Takie rzeczy to tylko w Białej
Droga po obiedzie okazała się dłuższa niż sądziliśmy, ponieważ po ulewie poprzedniego dnia większość piaskowych polnych i leśnych ścieżek była trudna do przebycia, więc musieliśmy iść trochę naokoło. Na ostatnim odcinku zaczęło padać. Nie była to ulewa, jak poprzedniego dnia i dwa dni temu, ale na tyle nieprzyjemna, żeby nieco utrudnić drogę. Na szczęście do Turobowa po ostatnim postoju daleko nie było. A na miejscu okazało się, że mamy dla naszej grupy dwa domy, w których spaliśmy dwa lata temu. A tam niesamowici gospodarze! Wszyscy zmieścili się pod dachem. Siostry w swoim garażu dostały taki poczęstunek, jak na pielgrzymce rzadko się zdarza nawet księżom – zupa i ciasta (to normalne, ale poza tym), smalec, ogórki kiszone, pomidory, marmolada jabłkowa, nóżki w galarecie… Nie byłyśmy w stanie, nawet z pomocą braci, którzy przyszli do nas na apel, zjeść wszystkiego.
Poza tym gospodarze udostępnili swoją łazienkę, więc mogłyśmy wziąć prawdziwy, ciepły prysznic!
Zanim zapadł zmrok, wypogodziło się, a na niebie pojawiła się tęcza. Pożegnaliśmy też dwóch braci, którzy musieli się z nami rozstać, powitaliśmy za to jednego brata, który do nas dołączył. Okazało się też, że jeden z braci, który już dzień wcześniej miał problemy z nogą, dostał w Centrum Medycznym zakaz dalszego pielgrzymowania z powodu poważnego uszkodzenia rzepki. Podjął decyzję, że następnego dnia wraca do domu. Dla wielu, wspierających go w drodze, była to bardzo przykra wiadomość. Ale cóż można zrobić…? Po chwili okazało się, że jest rozwiązanie! Padł pomysł, żeby brat podjechał te kilka dni, które zostały z bratem bagażowym. Jednak dotrzemy do Częstochowy wszyscy!
O 21.00 na podwórko gospodarstwa sióstr na apel dotarli bracia, ksiądz, gospodarze z obu domów, gdzie spała Biała. Wspólnie pomodliliśmy się, pośpiewaliśmy, a później… ruszyliśmy do belgijskiego, menueta i krasnoludków. Tańcowali wszyscy, łącznie z bratem, który kolejne dni miał jechać samochodem, księdzem, który ledwo doszedł do sióstr medycznych… Tym razem zabawę przerwało nam nadejście 22.00 i rozpoczęcie ciszy nocnej.






